Pisząc ten post odrabiam nijako zaległą „pracę domową”, więc będzie to już przedostatnia część serii „Przygotowania do Vienna Marathon”. Tak naprawdę jestem już po starcie w Wiedniu oraz kilku innych, ale o tym napiszę  w innych postach. Tutaj chciałbym skupić się na konkretach. Czyli jak dokładnie wyglądały moje treningi, jak zmieniała się moja forma w czasie oraz jakie z tego wszystkiego wyciągnąłem wnioski.

Moje przygotowania do maratonu, we współpracy z Marcinem zaczęły się od drugiej połowy listopada. Pierwsze tygodnie były bardzo lekkie, ponieważ trener patrząc na moją historię biegania zalecił w pierwszej kolejności regenerację. Tak jak wspomniałem we wcześniejszych wpisach miałem tendencję do zajeżdżania się i koniecznie potrzebowałem odpoczynku. W tym okresie moje treningi biegowe głównie sprowadzały się do:

– Biegów lekkich (easy), na ten moment było to tempo około 4:40/km na tętnie 140 – 145 u/m.

– Lekkich akcentów w dolnym drugim zakresie (steady) – tempo 4:05 – 4:10, na średnim tętnie 156 – 158 u/m

– Biegów pod górkę (BPG), w postaci 10 x 150m.

Średni kilometraż w tygodniu wynosił od 70 – 80 km. Do tego raz w tygodniu chodziłem na siłownię (szczegóły z mojego treningu na siłowni umieszczę w innym wpisie), wykonywałem dużo ćwiczeń mobilizacyjnych oraz sprawnościowych. Jeśli chodzi o ćwiczenia sprawnościowe to mam tutaj na myśli wszelkiego rodzaju ćwiczenia na core, ćwiczenia stabilizacyjne oraz brzuch. Nic odkrywczego i skomplikowanego. Ogólnie trening jak dla mnie był bardzo lekki, wręcz wydawało mi się, że odpoczywam.

Bazując cały czas na tym treningu pod koniec grudnia wystartowałem w biegu na 10km, gdzie pobiłem życiówkę (36:30) i udało mi się wygrać cały bieg. Dodam jeszcze, że raz pomyliłem trasę, warunki były dość ciężkie, miejscami biegło się po błocie i jako, że robiło się okrążenia to wolniejsi zawodnicy często blokowali trasę. Tak, więc w lepszych okolicznościach na pewno zrobiłbym jeszcze o wiele lepszy czas. Muszę przyznać, że byłem bardzo mocno zaskoczony wynikiem. Nie robiąc żadnych mocnych akcentów od miesiąca i biegając o wiele mniej biję życiówkę? Wow! Już w tym momencie moje myślenie na temat treningu biegowego zaczęło się zmieniać o 180 stopni.

Pod koniec grudnia wraz z dziewczyną oraz znajomymi pojechałem do Trójmiasta świętować powitanie nowego roku. Korzystając z okazji spotkałem się tam również z moim trenerem. Trochę sobie porozmawialiśmy oraz zrobiliśmy trening. Marcin pokazał mi różne ćwiczenia, które mam wykonywać w ramach siły biegowej, uświadomił mi moje dysfunkcje i wytłumaczył jak je wyprowadzać. Przykładowo biegając, czy wykonując wszelkiego rodzaju ćwiczenia miałem tendencje do pogłębionej lordozy w dolnym odcinku kręgosłupa. To sprawiało, że nijako sam siebie blokowałem i skracałem zakres ruchu. Jak się później okazało to również sprawiało, że biegałem z pięty i nie miałem optymalnej kadencji. W liczbach wygląda to tak, że po zmianie ułożenia miednicy (zmniejszając lordozę) moja kadencja automatycznie poprawiła i się około 6 kroków na minutę. Można powiedzieć, że całkowicie zmieniła się moja technika biegania, co początkowo objawiało się bardzo dużymi zakwasami w łydkach. Tak od tego momentu zaczęło to wyglądać:

https://www.instagram.com/p/BeCuzhPgnAe/?taken-by=treskapiotr

Można powiedzieć, że sam od 2 lat starałem się poprawić moją technikę biegu bezskutecznie. Trener skorygował to jedną uwagą, wskazując gdzie tak naprawdę leży problem. Rewelacja!

Pełen optymizmu i zapału wkroczyłem w nowy rok i niestety dopadła mnie choroba…Początkowo myślałem, że to jakieś lekki przeziębienie, zbagatelizowałem to i trenowałem dalej. W końcu od ponad 6 lat nie byłem chory, więc ja nie choruje, tak sobie myślałem. Oczywiście skończyło się to pogorszeniem stanu zdrowia, rozchorowałem się na całego i dopiero antybiotyk mi pomógł. W zasadzie zostałem wykluczony na 2 tygodnie trenowania. Lekcję z tego zdarzenia wyciągnąłem taką, że lepiej odpuścić trening na kilka dni, doleczyć przeziębienie i wrócić na spokojnie do treningów. Na tym zakończę moją przedostatnią część serii „Przygotowania do Vienna Marathon” i niebawem zapraszam na część 4, już ostatnią.