W niedziele 10 czerwca startowałem w moich pierwszych zawodach na dystansie 5km. Padło na Kęty i był to bardzo dobry wybór. Pomimo, że start nie zaliczam do najbardziej udanych to zapewne będę go pamiętał do końca życia. Dlaczego? Po pierwsze to cholernie bolało, a po drugie atmosfera tam panująca była, co tu dużo mówić, wspaniała!

Gdy opowiadałem znajomym (tym „niebiegowym”) gdzie startuje w najbliższą niedziele odpowiadali drwiącym głosem coś w stylu „aaa co to dla ciebie 5km”. Z kolei Ci bardziej „biegowi” mieli już odmienne zdanie i z pełną powagą grozili „uuu będzie bolało, zobaczysz”. Oczywiście zdrowy rozsądek podpowiadał mi żeby raczej słuchać się tych drugich, tym bardziej mając wiedzę w jakim tempie mam ten dystans pokonać. Cel jaki obrałem na ten bieg to złamanie 17 minut, co daje tempo 3:24/km. Strategia jaką obrałem wspólnie z trenerem wyglądała tak, że  przez pierwsze 2,5 km miałem trzymać się tego tempa, a potem w zależności od samopoczucia, albo minimalnie przyśpieszyć, albo starać się utrzymać to do ostatnich 300 m. Ostatnie 300 m miało być zarezerwowane na beztlenowy finisz i pewne złamanie 17 minut. Plan wydawał się prosty jak budowa cepa, a jak to wyszło w praniu to zaraz się dowiecie.

Na zawody wybrałem się jak to ostatnio zwykle bywa z Olgą, która również startowała. Do Kęt dotarliśmy około godziny 10:30, odebraliśmy pakiety startowe, wskoczyliśmy w stroje startowe i zaczęliśmy rozgrzewkę. Przed krótkimi dystansami zawszę potrzebuję około godziny na rozgrzewkę i ostatnie sprawy organizacyjne (czyt. toaleta ). Trzeba pamiętać, że im krótszy dystans tym rozgrzewka powinna być porządniejsza. A do dlatego, że już na początku wyścigu trzeba osiągnąć tempo odpowiadające VO2max. Jeśli tego nie zrobisz to od razu na początku biegu zgromadzi się zbyt dużo mleczanu i dużo szybciej poczujesz zmęczenie. U mnie zwykle rozgrzewka wygląda tak:

  • 2-3 km biegu z narastającą prędkością. Ostatnie kilkaset metrów biegnę już całkiem szybko.
  • 15 minut dynamicznego rozciągania i lekkie ćwiczenia sprawnościowo – siłowe.
  • 1,5 km lekkiego biegu + 5 szybkich przebieżek.

Taką rozgrzewkę kończę zwykle na 5 minut przed startem, aby mięśnie nie zdążyły ostygnąć. Po rozgrzewce ustawiłem się w pierwszym rzędzie przed linią startu, poczekał na znak do startu i ruszyłem. Biegnąc tempem około 3:20/km wyprzedziło mnie z 30-40 osób na pierwszych metrach. Pomyślałem sobie, że albo przez przypadek biorę udział w Mistrzostwach Polski na 5km, albo jak zwykle masa mniej doświadczonych biegaczy popełnia właśnie standardowy błąd. Okazało się na szczęście, że chodzi o to drugie, bo już po kilkuset metrach zdecydowana większość opadła z sił i została daleko z tyłu. Nie wiem jak to jest, że ciągle się o tym mówi żeby nie startować za szybko, a wciąż wielu biegaczy popełnia ten kardynalny błąd. Później trzeba wymijać tych zapaleńców, tym samym tracą niepotrzebnie energię. Mniej więcej po 0,5 km zostałem sam i biegłem kilka metrów za 6 osobowym peletonem. Pomyślałem sobie wtedy, że skoro biegnę tuż za peletonem to mam nawet szanse wygrać ten bieg. W końcu strategia była taka, że mam zacząć przyśpieszać.

Zdjęcie wykonane przez @keckieharpagany

Niestety już po pierwszym kilometrze wiedziałem, że jedyne na co mnie dzisiaj będzie stać to utrzymanie tego tempa do końca i to w dużym bólu i cierpieniu. Do 4 kilometra nic tak naprawdę się nie zmieniło. Ja modliłem się żeby to już się skończyło, a peleton chyba nawet coraz bardziej mi uciekał. Nie miałem żadnych argumentów żeby zaatakować. Do tego zaczął się robić rozjazd pomiędzy tym co pokazuje zegarek, a tym jaka jest rzeczywistość. To już całkowicie mnie podłamało, bo nie miałem żadnego zapasu żeby przyśpieszyć i podjąć próbę złamania 17 minut. Muszę przyznać, że jest to strasznie frustrujące, ale i wyciągnąłem z tego pewną naukę. Jeśli przykładowo chcemy złamać 35 minut na dychę to nie biegniemy tempem 3:30/km, tylko 3:28/km. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się na trasie z atestem żeby zegarek pokazał dokładnie tyle ile wynosi trasa. Zawsze jest bardzo duży rozjazd. Podczas maratonu dochodzi nawet do pół kilometra. No ale wracając do biegu…Na ostatnim kilometrze peleton zaczął się trochę rozciągać, a część zawodników słabnąć. Pozwoliło mi to dognić trzech z nich i zameldować się na mecie z czasem 17:15 minut, uzyskując 4 pozycję. Niby najgorsza, ale o 3 miejsce nie było mowy żeby powalczyć. Poza tym na szczęście w biegach ulicznych zazwyczaj nagradza się również osoby z poza kategorii open, gdzie udało mi się uzyskać „pierwszą” lokatę. Tyle jeśli chodzi o mój bieg. Co do Olgi, to zameldowała się na mecie z czasem 23:10 i pobiegła powyżej moich i pewnie też swoich oczekiwań. W tym dniu było naprawdę gorąco (30 C) i duszno, więc ten czas był naprawdę świetny. Do tego Olga po biegu zeznała mi, że w sumie to nie dała z siebie wszystkiego.

Po biegu organizatorzy zapewnili dla wszystkich arbuzy, drożdżówki, lody oraz rozdali masę nagród za różne kategorię (była nagroda nawet za ostatnie miejsce). A gdyby komuś było mało to mógł sobie jeszcze kupić coś ekstra w food truck’ach. Naprawdę nie wiem jak oni to zorganizowali przy wpisowym 25 zł, ale byłem pod ogromnym wrażeniem. Myślę, że za rok wrócę tu na pewno!