17 czerwca startowaliśmy razem z Olgą oraz grupą biegową „Runhogs Tychy” w V Biegu Wyrskim. Moim celem na ten bieg było zajęcia jak najlepszego miejsca oraz złamanie 36 minut. Natomiast jako grupa biegowa braliśmy udział w rywalizacji drużynowej i tutaj cel był równie jasny – puchar dla prezesa, a tym samym zwycięstwo. Jak to wszystko wyszło? Dowiecie się już za chwilę.

Część z Was zastanawia się pewnie dlaczego Bieg Wyrski nazwałem górskim oraz dlaczego miałem tak mało ambitny cel skoro dychę biegałem już szybciej. Odpowiedzią na te pytania niech będzie to zdjęcie:

Biorąc pod uwagę moje cele biegowe, takiej trasy zdecydowanie bym nie wybrał. Zakładałem, że podczas tego biegu złamię 35 minut i może tak by było, gdyby organizator nie postanowił zmienić sobie trasy. W momencie, gdy zapisywałem się na ten bieg profil miał być płaski, miała być jedna pętla i miała przebiegać lasem, który dałby schronienie przed słońcem. Szczerze powiedziawszy nie widzę żadnej logiki w decyzji organizatora. Mógł to być jak co roku przyjemny bieg, z fajną trasą przez las, gdzie ludzie biją swoje życiówki. A zamiast tego uczestnicy dostali piekielnie wymagającą trasę, z którą było trzeba sobie poradzić w pełnym słońcu.

Na bieg dotarliśmy z Olgą mniej więcej półtorej godziny przed startem. Odebraliśmy pakiety, około 40 minut standardowej rozgrzewki i wio. Pierwszy kilometr zbieg i tempo 3:24/km, następny kilometr w 3:30 po płaskim i moim oczom ukazują się tatry! Bite dwa kilometry pod stromą górę. Tempo spadło do 3:47 – 3:43/km. Jak na tak duże wzniesienia to nawet nie było aż tak źle, ale kosztowało mnie to mnóstwo energii, której przecież potrzebowałem na jeszcze 6km biegu. Następne dwa kilometry głównie z górki. Myślałem, że trochę odpocznę, ale niestety tak nie było. Chciałem nadrobić stracony czas i przyśpieszyłem nawet do 3:22/km. Jeden kilometr płaski i jazda zaczyna się na nowo. Tym razem oczom ukazały się już nie Tatry, a Himalaje. Znowu 2 kilometry mordęgi pod górę. Nie chciałem już nawet na to patrzeć, więc zamknąłem oczy. Serio! Biegłem przez jakiś czas z zamkniętymi oczami. Pierwszy raz w życiu, nawet spoko. Tym razem tempo spadło nawet bardziej, bo aż do 3:50/km. Wydawało mi się, że człapię, a góra robi się coraz bardziej stroma i za chwilę będę potrzebował liny żeby dostać się na szczyt. Jakimś cudem w końcu wdrapałem się na tą górę i ostatni kilometr dzięki Bogu już w dół.

Na zdjęciu trzech bardzo walecznych panów po trzydziestce. 🙂 Zdjęcie wykonane przez Anne Mazur.

Na końcówce powalczyłem jeszcze z rywalem z moje kategorii wiekowej. Nie zdradzę imienia i nazwisko, bo wiadomo – RODO 🙂 Dodam tylko, że biegłem z nim również tydzień wcześniej w Kęckiej Piątce, gdzie pokonał mnie o jakieś 25 sekund. Tutaj też okazał się lepszy, ale zwycięstwa łatwo mu nie oddałem i ostatni kilometr pokonałem w tempie 3:17/km! A było to już na totalnych oparach. Przez to też zaliczyłem niezłego zgona na mecie. O tak wyglądałem:

Na mecie zameldowałem się z czasem 35:59 i z trzecim miejscem w kategorii wiekowej. Natomiast jako drużyna zajęliśmy pierwsze miejsce!

Co tu dużo mówić, cel został zrealizowany w 100%! Pomimo tego, że nie zrobiłem życiówki to i tak po biegu byłem bardzo zadowolony. Dałem z siebie 110%, a to czasami daje większą satysfakcję  niż życiówka. Poza tym na takiej trasie ciężko oczekiwać jakichś rewelacyjnych wyników. Niebawem czeka mnie start w Biegu Świerczynieckim, gdzie trasa jest wręcz wymarzona do robienia życiówek i mam nadzieje, że tam wynik na dychę mocno poprawię!

P.S. a tak świętowaliśmy zwycięstwo drużynowe: