W Tyskim Półmaratonie, jako że jest to bieg „u siebie” wziąłem już udział po raz trzeci, albo dopiero po raz trzeci. Pisząc ten blog uświadomiłem sobie, że ja biegam tak krótko! A wydaje mi się jakbym robił to całe życie, bo chyba całe życie obecnie wokół biegania się teraz kręci, ale nie o tym miało być.

W tym roku start i meta Tyskiego Półmaratonu zostały przeniesione w miejsce nowo wybudowanego centrum handlowego Gemini. Na miejscu pojawiłem się, jak to zwykle bywa na godzinę przed startem. Muszę przyznać, że gdy start jest około kilometr od miejsca zamieszkania to organizacyjnie jest o niebo łatwiej. Chociaż jeszcze rok temu na start miałem jakieś 100 m od domu, więc to już w ogóle był luksus. Prywatna toaleta i takie tam 🙂 Po dotarciu na start standardowo zacząłem od rozgrzewki, podczas której bardzo pozytywnie się nakręciłem, jako że noga kręciła się jak w kołowrotku, a pogoda nie zwiastowała upału, który zapowiadali. Po rozgrzewce szybko ustawiłem się w jednym z pierwszych rzędów na linii startu, gdzie był również Arkadiusz Gardzielewski (uczestnik ostatnich mistrzostw Europy w maratonie!).

No i wystartowaliśmy! Wiedziałem, że trasa jest bardzo wymagająca, więc postanowiłem zacząć zachowawczo od tempa od tempa 3:40/km. Plan był taki, że mocno przyśpieszam dopiero od 7 kilometra, gdzie zaczyna się 2 kilometrowy zbieg. Razem z drużynowym kompanem Brysiem dobiegaliśmy mniej więcej do Parku Wodnego, gdzie znajdował się ten 7 kilometr i ruszyłem!

Zdjęcie udostępnione przez “Aktywna Strona Miasta Tychy”: https://www.facebook.com/asm.tychy

Następne 5 kilometrów pokonałem w kolejno: 3:31, 3:38, 3:31, 3:34, 3:36 i wszystko szło idealnie według założeń.

W połowie dystansu sięgnąłem po doping w postaci piwa. Oczywiście żartuje, ale muszę przyznać, że to ujęcie idealnie na to wskazuje 😀

Po udanych pięciu ostatnich kilometrach leciałem prosto po życiówkę i na pewno by była gdyby nogi mnie nie zawiodły. Po drugiej stronie Jeziora Paprocańskiego zacząłem wysiadać mięśniowo i zwalniać. Dam sobie rękę uciąć, że to był mój pierwszy bieg w karierze, w którym wysiadłem mięśniowo, a nie tlenowo. Co ciekawe, energetycznie nie wymiękłem na zawodach jeszcze nigdy. Tempo spadło mniej więcej do 3:43/km i już nie zdołałem przyśpieszyć, tym bardziej, że po opuszczeniu Paprocan czekała jeszcze na uczestników biegu, tak na dobicie, “miła” niespodzianka w postaci dwu kilometrowego podbiegu. Na samą myśl o tej drodze krzyżowej jakoś straciłem wiarę w to, że mogę jeszcze uratować życiówkę. Mniej więcej na ostatnim kilometrze załapałem się jeszcze na totalne urwanie chmury i przemoczony do suchej nitki wpadłem na metę z czasem 01:17:58.

Zdjęcie udostępnione przez “Aktywna Strona Miasta Tychy”: https://www.facebook.com/asm.tychy

Ten wynik dał mi tytułowe 2 miejsce wśród Tyszan i 12 miejsce w kategorii open. Zwycięzcą biegu został oczywiście, wcześniej wspomniany Arkadiusz Gardzielewski z czasem 01:08:52. W porównaniu do lat poprzednich udało mi się poprawić dość znacznie. W roku 2016 skończyłem bieg z czasem 1:32:17, a w roku 2017 z czasem 1:19:54. To cieszy ponieważ widać, że wkładana praca nie idzie na marne i sukcesywnie przesuwam się do przodu. Wierzę, że stać mnie jeszcze na wiele więcej i już jestem ciekaw jak pójdzie mi za rok.

Sam bieg, atmosferę i organizację oceniam bardzo dobrze. Pomimo kilku wpadek niezależnych od organizatorów wszystko przebiegło jak należy. Po biegu były BARDZO dobre i zdrowe posiłki, które uwzględniały również osoby niejedzące mięsa. Cieszy mnie to, że organizatorzy biegów zaczynają kumać, że uczestnikami biegów zazwyczaj są osoby dbające o zdrowie i podawanie byle jakiego jedzenia po biegu nie jest zbyt dobrym pomysłem. Za to bardzo duży plus dla organizatorów Tyskiego Półmaratonu. Na samej trasie też niczego nie brakowało. Było dużo punktów nawadniania, były akcenty muzyczne oraz genialne strefy kibica, które dawały naprawdę dużego kopa!

Nasze tyskie święto biegania, wraz z grupą biegową Runhogs Tychy zakończyliśmy, jak to zazwyczaj bywa w barze 13. Było głośno, było dużo piwa, a i nawet starczyło sił na tańce! Z Brysiem oczywiście cały bieg przeanalizowaliśmy kilometr po kilometrze. Lubię te nasze biegowe rozkminki przy piwie.

 

P.S. wielkie podziękowania dla Pawła L. który towarzyszył mi niemal cały bieg na rowerze i zagrzewał mnie do walki okrzykami. To naprawdę bardzo pomogło 🙂