Bieg Uniwersytetu Medycznego miał być dla mnie historycznym biegiem. Dlaczego? Wymyśliłem sobie, że to będą zawody na 10 km, gdzie w końcu złamię magiczną dla mnie barierę 35 min. Przyznam, że byłem niemal całkowicie przekonany o tym, że to mi się uda. Warunki pogodowe miały być idealne, trasa super szybka, a ja byłem zdecydowanie w życiowej formie. W zasadzie jedyną rzeczą, którą poddawałem w wątpliwość to moja regeneracja. Miałem startować bezpośrednio z treningu maratońskiego, co nijako było dla mnie eksperymentem.  Organizm w trakcie przygotowania maratońskiego jest nieźle przeorany i ciężko przewidzieć jak zachowa się podczas biegu na maksymalnej intensywności.

Bieg odbył się we Wrocławiu w poprzednią niedzielę, gdzie wybrałem się razem z Olgą. Z tym, że tym razem tylko ja startowałem. Dzień był bardzo słoneczny, ale tym razem dla odmiany bardzo chłodny, co sprzyjało dobrym wynikom. Patrząc na uczestników biegu spodziewałem się bardzo wysokiego poziomu. Było wielu „rasowych” biegaczy, a między innymi Arkadiusz Gardzielewski, który oczywiście wygrał, z czasem nieco powyżej 30 minut!

Start biegu zaplanowany był na godzinę 10:00, pięć minut po starcie wózków. Początkowo ustawiłem się w pierwszym rzędzie, ale niestety ostatecznie wylądowałem gdzieś dużo dalej. Po starcie wózków masa zawodników, którzy czaili się gdzieś po bokach wskoczyła przed potencjalną czołówkę biegu, skuteczne ich blokując. Pomimo tego, że ciągle się o tym trąbi żeby ustawić się według swoich możliwości to i tak znajdzie się masa gwiazd pierwszego planu, która ma parcie na szkło i koniecznie musi pokazać swój majestat przed kamerami i aparatami. Muszę przyznać, że nic tak bardzo mnie nie wkurza podczas imprez biegowych. Niestety to nie była jedyna nieprzyjemna sytuacja, która mnie spotkała podczas tego biegu. Równo o 10 wystartowaliśmy i niestety bieg musiałem zacząć od wymijania, przepychania się, zatrzymywania bo przecież trzeba najpierw wydostać się z gąszcza zawodników biegnących na złamanie godziny. Mniej więcej po 300 m udała mi się ta sztuka i mogłem się skupić na biegu, łapiąc odpowiedni rytm. Pierwszy kilometr otworzyłem w tempie 3:28/km, czyli prawie według założeń (planowałem 3:30/km). Na drugim kilometrze, który pokonałem w 3:31 spotkała mnie kolejna niemiła sytuacja. Chcąc wyprzedzić jednego z zawodników nadziałem się na mobilną ścianę. Ja w prawo – gość w prawo, ja w lewo – gość w lewo, i tak jeszcze kilka razy. Własnym oczom nie wierzyłem i jeszcze nigdy nie spotkałem się z takim chamstwem podczas biegu bo ewidentnie było to robione celowo. W końcu szarpnąłem bardzo mocno tempem i go zostawiłem z tyłu. Trzeci kilometr to kolejna niemiła niespodzianka. Kolejny z zawodników usiadł mi na plecach tak blisko, że kopał mnie po podeszwie i dyszał do ucha jak parowóz. Obróciłem się pretensjonalnie, zabijając gościa wzrokiem i znowu bardzo mocno ruszyłem do przodu. Takie szarpanie tempem na pewno nie służy niczemu dobremu, ale nie bardzo miałem wybór. Trzeci kilometr pokonałem w 3:30. Kolejny kilometr biegłem już w świętym spokoju i był to najszybszy kilometr tego biegu – 3:26. Do piątego kilometra (3:29), pomimo tych nieprzyjemnych sytuacji, biegło mi się całkiem dobrze. Byłem przekonany, że 35 minut jest moje! Na 5 kilometrze nawrotka i wiatr w twarz. Momentalnie zaczęło mi się biec ciężej. Tempo spadło do 3:33/km, a mi zaczęło brakować tlenu. Na 7 km zaliczyłem totalną bombę i przez kolejne dwa kilometry biegłem już po 3:35/km. Na 9 kilometrze jakimś cudem udało mi się wrócić do tempa 3:29/km, pewnie było lekko z górki i budynki chroniły przed wiatrem. To są domniemania bo byłem w stanie agonalnym i niewiele pamiętam. Ostatni kilometr (3:38) był zdecydowanie moim najcięższym kilometrem w życiu. To jakiego bólu tam doświadczyłem to jest po prostu nie do opisania. Na mecie zameldowałem się z czasem 35:28 i pobiłem swój rekord życiowy o całe 2 sekundy!

Dochodziłem do siebie jakieś 5 minut rozpaczliwie łapiąc powietrze. Tak bardzo dobrze chciałem pobiec w tym biegu, że doprowadziłem siebie do stanu w jakim jeszcze nigdy nie byłem. W zasadzie to całkowite dojście do siebie zajęło mi jakieś 3-4 h. Nie byłem zmasakrowany mięśniowo, czy energetycznie. To był coś innego, niewytłumaczalnego w prostych słowach, ale za to wyraz mojej twarzy na zdjęciu oddaje to doskonale. Na szczęście szpital był blisko jakby co 🙂 Żaden dystans nie wykańcza mnie tak bardzo jak 10 kilometrów. Startowałem na tym dystansie wiele razy i może tylko dwa razy byłem zadowolony ze swojego występu i spełniłem mniej, więcej swoje oczekiwania. W większości przypadków na mecie jest ogromny zawód. Tak było i tym razem. Oczekiwałem, że spokojnie złamię 35 minut, a ledwo co poprawiłem swoją życiówkę. Nie wiem gdzie popełniam błędy, ale wiem na pewno, że coś muszę zmienić. Kolejną dyszkę eksperymentalnie pobiegnę negative splitem, zobaczymy co z tego wyjdzie.

Na koniec kilka słów o organizacji biegu. Jak dla mnie rewelacja pod każdym względem. Trasa była doskonale oznaczona, wszystko przebiegło bardzo sprawnie, a atmosfera była doskonała. Bardzo możliwe, że w przyszłym roku znowu się tam wybiorę po jakąś życiówkę 🙂 Poza tym Wrocław to wspaniałe miasto, które warto przynajmniej raz do roku odwiedzić. Razem z Olgą spędziliśmy bardzo miły czas, no może poza kilkoma pierwszymi godzinami po biegu, w których przypominałem warzywo 🙂