Jeśli ktoś zapytania mnie o bieganie na Filipinach to odpowiem bez wahania – NIE POLECAM! A jeśli o same wakacje w tym miejscu to zdecydowanie POLECAM! To dlaczego biegałem? A dlatego bo nie miałem wyjścia. Plan był zupełnie inny.

Kupując bilet na samolot myślałem sobie, że to będzie idealny moment na zrobienie w końcu porządnego roztrenowania i na zasłużony wypoczynek w fajnym miejscu. Prawdę mówiąc to ja porządnego roztrenowania nie miałem od jakichś trzech lat. Po sezonie mijał tydzień, a ja już nie mogłem usiedzieć na dupie i wracałem do treningów pełną parą. Dlatego zdrowy rozsądek zaczął mi podpowiadać, że wypadałoby jednak kiedyś odpocząć bo się doigram i w końcu mój brak umiaru skończy się kontuzją. No i skończył się, tylko nie w tym czasie co powinien. Po maratonie w Amsterdamie planowałem przedłużyć nieco sezon, aż do wyjazdu na Filipiny. Niestety pech chciał, że podczas tego maratonu złapała mnie kontuzja i do samego wyjazdu w zasadzie nie mogłem biegać. To co miałem zrobić? Nie biegać kolejne 3 tygodnie na Filipinach, czyli łącznie jakieś 2 miesiące? O co to to nie! Nie mogłem sobie pozwolić na aż tak długi wypoczynek i musiałem zacząć „trenować” właśnie na wakacjach…

Co do samej kontuzji to miałem jakiś problem z mięśniem płaszczkowatym łydki, a ból promieniował aż do stopy. W zasadzie to dalej nieco mnie boli ta stopa podczas biegania, ale nie jest tu już ból, który uniemożliwiłby mi przynajmniej lekkie trenowanie.  

Oczywiście opisując swoje bieganie w tropikach nie chcę robić z siebie jakiegoś męczennika. To wielkie szczęście, że mogłem pojechać w tamte rejony i zdecydowania to była moja najfajniejsza wyprawa wakacyjna w życiu. Za co jestem bardzo wdzięczny. Chcę tylko pokazać jak wygląda bieganie w takich warunkach i dlaczego jest to takie trudne. Podejrzewam też, że trenowanie w tych rejonach wcale nie jest niemożliwe. Pewnie to tylko kwestia odpowiednio długiej aklimatyzacji, czego zresztą sam pod koniec wyjazdu doświadczyłem.

A teraz do sedna sprawy. Dlaczego nie polecam biegania w tamtych rejonach? Bo gorąco i wilgotno przede wszystkim, tj. 30 – 32 C i wilgotność ponad 80%. Do tego bieganie z rana, czy po zmroku nie rozwiązuje problemu bo różnica temperatur między nocą a dniem to tylko 4 C! Już po 2 kilometrach biegu byłem totalnie wypompowany. Lało się ze mnie jakbym dopiero co wyszedł z pod prysznica, dyszałem jak parowóz, a w głowie przewijała się tylko jedna myśl – WODY! Tubylcy patrzyli na mnie jak na jakieś paranormalne zjawisko, bardzo często się podśmiewując. Nie mówiąc o tym jak dużą atrakcją się okazałem dla dzieci bawiących się przy szkole. Około 30 – 40 dzieciaków widząc mnie biegnącego wpadło w jakiś dziwny atak śmiechu, którego nie potrafili opanować. Innym razem zabłądziłem i nadziałem się na stado dzikich psów, które rzuciły się za mną w pogoń. Przyśpieszyłem wtedy do tempa  z 4:00/km żeby uciec, które w tamtych warunkach wydawało się jakbym właśnie bił rekord świata na setkę. Serce waliło mi jak zwariowane, a ja nie umiałem złapać oddechu. Czułem wręcz, że płonę żywym ogniem. Na szczęście psy też nie ogarniały i szybko zrezygnowały z pościgu. No właśnie a co do samych parametrów to początkowo tętno miałem większe o około 30 – 35 uderzeń na minutę niż zwykle! Dopiero gdzieś po 2 tygodniach organizm zaczął się adaptować i tętno zaczęło spadać. Niestety głowa nie przystosowała się do samego końca wyjazdu, a wręcz z każdym dniem było coraz ciężej. Raz nawet zrezygnowałem z treningu, co zdarza mi się naprawdę tylko w wyjątkowych sytuacjach. Generalnie żeby dotrwać do końca każdego treningu wizualizowałem sobie wodę z kokosa (buko), shake’a z mango i schłodzenie w morzu, co wszystko czekało zazwyczaj na mnie na koniec. To naprawdę wiele rekompensowało i motywowało do dalszej rzeźni 🙂

Jeśli jednak już chcemy czy musimy biegać w tamtych rejonach podczas wakacji to po swoich doświadczeniach radziłbym:

  • Biegać zaraz po zachodzie słońca. Nie żeby było wtedy jakoś chłodniej czy coś, ale przynajmniej nie ma już palącego słońca i wilgotność jest na pewno też nieco niższa niż po nocy. Dlatego też bieganie z rana może być nawet nieco trudniejsze.
  • Zawsze brać ze sobą wodę na trening. Bez wody naprawdę będzie nam bardzo ciężko dotrwać do końca.
  • Robić krótsze i lżejsze treningi. Biegając nasze wolne rozbiegania na początku i tak będziemy wchodzić na tętno około progowe, więc nie ma sensu cisnąć. Ja po biegu 10 kilometrowym czułem się bardziej zajechany niż po 30 kilometrach w Polsce. Spokojnie możemy skrócić nasz kilometraż o 50-60%. Organizm i tak nieźle dostanie po dupie.
  • Jeśli to możliwe, robić przerwy na schłodzenie organizmu. Można biegać na przykład blisko morza 🙂
  • Na sam wyjazd zaopatrzyć się w elektrolity i pić bardzo dużo wody.

Na sam koniec chciałem napisać kilka słów o samych Filipinach, ale ostatecznie uznałem, że jednak sobie daruje. Ten wpis musiałby spuchnąć do niebotycznych rozmiarów i średnio odpowiadałby tematyce tego bloga. Poza tym jeśli ktoś chce poczytać jak tam jest to na pewno znajdzie setki stron na ten temat w sieci. Napiszę tylko tyle, że jest to naprawdę cudowne miejsce, które warto odwiedzić. Dla mnie to były wakacje życia i mam nadzieje, że jeszcze kiedyś tam wrócę! Zresztą popatrzcie na zdjęcia 🙂