Maraton w Wiedniu, jak zresztą każdy inny maraton jest dla mnie celem numer jeden na dany sezon. Sezony biegowe dzielę, póki co na dwa w ciągu roku, a ich wyznacznikiem jest maraton wiosenny i jesienny. W tym roku zdecydowałem, że na wiosnę wystartuje właśnie w Wiedniu, a na jesień w Amsterdamie.

Przygotowania do maratonu w Wiedniu zacząłem w zasadzie już jesienią ubiegłego roku. Po starcie w Budapeszcie (2:41:59) postanowiłem, że od razu biorę się do roboty i pracuję nad szybkością. Tydzień w tydzień jeździłem na bieżnie i męczyłem interwały, muszę przyznać, że bardzo lubię tego typu treningi. Tak, wiem, dziwny jestem 🙂 W ciągu tygodnia robiłem zazwyczaj 3 akcenty, wzorując się głównie na treningach Jacka Denielsa. Poniżej moja standardowa jednostka treningowa:

6 x 1km (3:24 – 3:28/km) / 3 min rest

Oprócz tego zdarzało mi się robić jeszcze interwały na odcinkach 800m (8 serii), nieco szybszym tempem oraz 400m (15 serii), jeszcze szybciej oczywiście. Tempo wyznaczyłem na podstawie tabel Jacka Danielsa, gdzie odnośnikiem był ostatni maraton. Z perspektywy czasu wiem, że taki trening nie miał żadnego sensu. Dlaczego? Po pierwsze tempo interwałów było za duże bo wynik z maratonu w żaden sposób nie koresponduje u mnie z wynikiem na dychę. Przez to trening mnie zajeżdżał, a nie ładował. Po drugie nie zrobiłem żadnego roztrenowania po maratonie, przez co dobijałem zajechany już organizm.

Uwieńczeniem moich bardzo mocnych treningów miał być Bieg Niepodległości w Czechowicach-Dziedzicach na 10km. Tak swoją drogą bardzo fajny bieg – atmosfera i organizacja na 5+. Na ten moment mój rekord życiowy na tym dystansie wynosił 37:07, ustanowiony na początku lipca 2017. Zważywszy na to, że od tamtego biegu minęło bardzo dużo czasu, a ja byłem już z formą w zupełnie innym miejscu, to po cichu liczyłem na wynik poniżej 36 minut. Niestety przeliczyłem się i na linie mety zameldowałem się z czasem 36:35, jak zwykle czując wielki niedosyt i rozczarowanie. Nagrodą pocieszenia było to, że zająłem 2 miejsce w kategorii wiekowej.

Wytłumaczyłem sobie, że na pewno przez silny wiatr nie wyszedł mi ten bieg i znowu wróciłem do bezmyślnego klepania interwałów. Muszę przyznać, że na ten moment czułem się już totalnie wypruty, ale ambicja wzięła górę. Jak się chce biegać szybciej to swoje trzeba przecierpieć, tak myślałem…

W międzyczasie zacząłem rozmyślać nad współpracą trenerską, ale o tym w części drugiej.