Berlin Marathon

Chwilę,  w której przebiegam przez Bramę Brandenburską wyobrażałem sobie setki razy podczas treningów. A moment, w którym wydarzyło się to naprawdę był czymś bezcennym. Nie zamieniłbym go na nic innego. Od zawsze wiedziałem, że moje marzenie spełni się w Berlinie. Nie wiem skąd, ale po prostu to wiedziałem.

Jak to się zaczęło?

Na projekt „maraton poniżej 2:30” wpadłem niecałe 6 lat temu, podczas moich 30 urodzin. Byłem wówczas na poziomie 3:15 i brakowało mi aż 45 minut. Nie miałem przeszłości lekkoatletycznej, a ostatnie 10 lat mojego życia to była jedna wielka impreza. Wiedziałem, więc że łatwo nie będzie, ba niektórzy nawet przekonywali mnie, że jest to niemożliwe.

Droga do 2:30 w skrócie.

No i ruszyłem. Na początku szło jak po sznurku. Co maraton to nowy rekord życiowy urywany był bardzo wyraźnie. W pewnym momencie zaczęło nawet wydawać mi się, że te 2:30 to tylko formalność…..aż dobiłem do ściany…Pojawiła się frustracja, totalna blokada psychiczna oraz fizyczna, ale nigdy zwątpienie! W zasadzie 3 lata stałem w miejscu, nie pomagali trenerzy, życie ascety, obozy, dieta, totalne oddanie się sprawie. Dosłownie nic. Organizm ustawił blokadę na danym pułapie, a wszystko wokół dosłownie mówiło mi żebym dał sobie spokój. Ja zaś nie odpuszczałem. Jestem upartą osobą i porażka nie wchodziła w grę. Doszedłem do wniosku, że muszę coś radykalnie zmienić, że dotychczasowe metody treningowe najzwyczajniej w świecie na mnie nie działają. Zacząłem dużo czytać o periodyzacji i fizjologii treningu, o zdrowiu, dowiadywać się jak trenują najlepsi na świecie itp. Itd. Całkowicie odszedłem od naszego polskiego systemu treningowego. Wyeliminowałem katorżnicze jednostki treningowe ze swojego planu, zastępując je długimi treningami w drugim zakresie oraz biegami progowymi. A wszystko to podlałem ogromną objętością. I wiecie co? To był strzał w sam środek tarczy! Przestałem się wyżynać treningiem, poprawiły się parametry krwi, zdrowie się odbudowało, a wyniki pojawiły się momentalnie. Znowu byłem na fali! A ta fala okazała się tak duża, że zaniosła mnie po upragniony wynik 2:29:30 w maratonie!

Byłem pewny swego!

Rzeczą, która niezwykle zaskoczyła mnie przed biegiem był kompletny brak stresu. Wydawało mi się, że skoro to ma być mój bieg życia to strach aż będzie mnie paraliżował. Jak ludzie zawsze sami się przekonują przed jakimś ważnym dla nich wydarzeniem, że nie powinni się czymś stresować (racjonalizując to), tak ja tłumaczyłem sobie w drugą stronę. Podświadomie nie stresowałem się w ogóle, nawet gdy już stałem na starcie i zaczęło się odliczanie.  Tak mocno mnie to zaintrygowało, że nawet wszcząłem „dochodzenie” w tej sprawie zaraz po biegu. W końcu fajnie by było zawsze czuć tak dużą pewność siebie przed jakimiś stresującymi wydarzeniami. Urodziły się dwie teorie. Po pierwsze przerabianie tego startu w głowie setki razy sprawiło, że głowa była całkowicie gotowa na to. Znała każdy scenariusz. Po drugie byłem tak dobrze przygotowany, że wewnątrz siebie czułem, że dam sobie radę z tym dystansem, w takim tempie. Choć w tempie maratońskim przebiegłem najwięcej 12km podczas jednego treningu, do tego podzielone na odcinki!

Berlin Marathon – relacja z biegu.

Równo o godzinie dziewiątej ruszyliśmy na ulicę Berlina. Już na samym początku biegu stała się rzecz niebywała. Zaczęła mi cierpnąć prawa noga, do tego stopnia, że prawie jej nie czułem. Nigdy wcześniej coś takiego mnie nie spotkało, nawet podczas treningu. Nie ukrywam, że choć nie miało to wpływu na tempo biegu, to mocno mnie zaniepokoiło. Skoro stało się coś takiego już na początku, to co będzie pod koniec biegu? Próbując coś zaradzić postanowiłem zmienić nieco rytm, zwiększając kadencję i skracając krok. Na szczęście pomogło i od mniej więcej 10 km mogłem znowu się wyluzować i robić swoje. Niestety nie na długo. Zawracając sobie głowę ścierpniętą nogą, źle policzyłem międzyczasy i przez kolejne 10 km myślałem, że biegnę za wolno….Co prawda średnie tempo z GPS’a pokazywało mi 3:29/km, ale już nie raz się przez zapewnienia zegarka mocno przeliczyłem. Musiałem decydować, albo zostaję w obecnej (sporej) grupie, albo się urywam i próbuję gonić kolejną. W końcu nie przyjechałem do Berlina po wynik powyżej 2:30. Postanowiłem się, więc oderwać i gonić. Niestety albo i stety bardzo szybko zrezygnowałem z tego pomysłu bo zaczęła łapać mnie kolka. Nie miało to sensu. Przez to trochę spanikowałem. Wydawało mi się, że nie biegnę na sub 2:30, a próba przyśpieszania kończy się kolką. Niemniej jedynym wyjściem było poczekać na grupę i poczekać do 20 km, gdzie mogłem się upewnić co do faktycznego tempa biegu. Jak już się uspokoiłem to przeliczyłem sobie międzyczasy na nowo i okazało się, że wszystko jest w porządku. Przebiegając przez półmetek zegar wskazywał 1:14:50 brutto, co bardzo mocno podbudowało mi głowę. Od tego momentu aż do samej mety biegłem jak na fali. Na mniej więcej 30 kilometrze, po jedynym podbiegu rozpadła się nam grupa i zostałem tylko ja i biegacz prowadzący tę grupę. Widząc, że jest bardzo świeży postanowiłem się go trzymać tyle ile zdołam. 33 kilometr wybił w 3:22, kolejny w 3:17, a ja czułem się doskonale. Zapas na upragniony wynik był już spory i na tym etapie biegu wiedziałem, że raczej nic złego wydarzyć się już nie może. Niemniej nie chciałem też podejmować żadnego zbędnego ryzyka. Dlatego już do samej mety biegłem w wymaganym tempie 3:30/km. Przez bramę Brendenburską przebiegłem z uśmiechem na twarzy i mogłem się delektować spełnieniem swojego marzenia. Radość na mecie była nie do opisania.

Nie będę pisał tutaj jak bardzo się poświęcałem, jaki byłem niezłomny w dążeniu do celu itp. itd. Prawda jest taka, że cała ta droga do 2:30 sprawiała mi przyjemność. Gdyby było inaczej to po co miałbym to robić? Jestem amatorem, który nie czerpie żadnych materialnych profitów z biegania, więc po co się tak poświęcać? Jak to zwykle był mawiać mój dobry znajomy „wykonaliśmy kawał ciężkiej, nikomu niepotrzebnej roboty”. Ja po prostu kocham biegać, trenować i układać sobie pod to całe życie. Nie stanowi to dla mnie żadnego wielkiego poświęcenia. Jest to moja pasja, a im więcej trenowałem tym szczęśliwszy byłem. Oczywiście bywały również cięższe chwile, w których musiałem się wykazać charakterem, ale na pewnym etapie nie stanowiło już to dla mnie wielkiego wyzwania. Jeśli czegoś bardzo pragniemy to nie ma miejsca na „miękką grę”, trzeba napierać do skutku. Natomiast jeśli ktoś zapytałbym mnie, czy łatwo jest dojść do takiego wyniku amatorowi bez przeszłości lekkoatletycznej. Odpowiedziałbym, że bez wielkiej pasji jest to niemal niemożliwe.