Frankfurt Marathon jest już historią, nowa życiówka (2:37:57) staje się faktem, a emocje z biegu wciąż we mnie żyją. A póki żyją to postaram się w miarę zwięźle (choć nie będzie to łatwe) opisać jak to wyglądało. Całą relację zdecydowałem się podzielić na bloki tematyczne, żebyście nie musieli czytać wszystkiego, nawet jak coś was nie interesuje.

Po co to wszystko?

Muszę przyznać, że zabierając się do pisania relacji z maratonu w Frankfurcie nie wiedziałem kompletnie od czego zacząć. Jak to po każdym maratonie w głowie pojawia się milion myśli, nie mówiąc już o samym biegu. Ciężko to wszystko jest zebrać w jedną całość i tak po prostu opisać. Maraton jest dla mnie niemal przeżyciem religijnym. To co dzieje się na kilka dni przed biegiem, w trakcie biegu i po biegu jest wręcz szalone i przypomina to jakieś obrzędy. Najbardziej jednak lubię moment, w którym przekraczam linię mety. Mógłby ktoś zapyta czy całe to poświęcenie, ciężka praca, czas, dedykowane są tylko jednej krótkiej chwili na mecie? Czy jak to mawia żartobliwie treningowy kompan Brychu „odwaliliśmy kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty” jest smutną prawdą? Nie zupełnie. Największy profit z tego wszystkiego jest niewidoczny na pierwszy rzut oka, ale procentuje on mocno na przyszłość. Za każdym razem, gdy udaje nam się wytrwać w reżimie maratońskim, a później pokonać swoje demony podczas biegu stajemy się silniejsi. I to jest piękne 😊

Organizacja biegu

Sam bieg oceniam, że był zorganizowany na piątkę z plusem. Zresztą nie spodziewałem się, że może być inaczej w przypadku, gdy organizatorami są Niemcy. Już lądując w tym państwie człowiek ma wrażenie, że jest jakoś „łatwiej”. Wszystko jest jakieś takie uporządkowane, przemyślane i łatwe w obsłudze. Nigdzie nie ma nerwówki bo po prostu wszystko działa jak należy. Pod tym względem moglibyśmy się od nich wiele nauczyć. Podczas samego eventu było dokładnie tak samo. Od momentu odbioru pakietu do ukończenia biegu po prostu wszystko przebiega sprawnie i szybko. To mnie naprawdę zainspirowało, bo pomimo mojej introwertycznej natury nie miałem problemu w tych tłumach. Zazwyczaj w takich okolicznościach robię się bardzo nerwowy, a wręcz zaczynam panikować, że utkwię na dobre w tłumie ludzi i się spóźnię na start, albo nie zdążę skorzystać z toi toi’a. Skoro było tak idealnie to dlaczego piątka z plusem, a nie szóstka? A bo do czegoś przyczepić się zawsze przecież można. Jedyną rzeczą, którą by mogli według mnie poprawić są strefy startowe. Były one zbyt rozpięte. Moja strefa startowa obejmowała biegaczy w przedziale czasowym 3h – 2:30 h. Na domiar złego trochę za późno przyszedłem na start i byłem na samym końcu tej strefy startowej, a była ona bardzo długa. Tym samym pierwszy kilometr biegu przypominał slalom gigant i bieg interwałowy, co jest niepotrzebną stratą energii.

Trasa biegu

Jak dla mnie bardzo przeciętna. Niby trasa miała być płaska jak stół, a wcale nie była. Trochę tych podbiegów się uzbierało i wyszło w sumie 112m wzrostu wysokości i 110 spadku. Dla porównania w Amsterdamie wyszło zaledwie 74m/74m. Do tego strasznie dużo kręcenia. Na tak pokręconej trasie jeszcze nie miałem okazji biec maratonu 😊 Pomysłodawcy trasy koniecznie chcieli dać biegaczom możliwość dokładnego zwiedzenia centrum. Parę razy przebiegało się też po kostce, czego nie cierpię. Dużo ludzi chwali trasę w Frankfurcie, więc się nie zrażajcie. Po prostu chyba ja mam jakieś przesadzone wymagania. A może Amsterdam (który był idealny) trochę mnie rozpuścił pod tym względem. Aż się boję co będzie po Berlinie.

Pogoda

Tutaj krótko, zwięźle i na temat. Warunki atmosferyczne były bardzo dobre. Było chłodno, nie wiało jakoś mocno, a niebo było całkowicie zachmurzone. Jedynie troszkę popadało w drugiej części biegu, ale jakoś bardzo mi to nie przeszkadzało. Takie warunki biorę w ciemno na każdy bieg 😊

Buty startowe

Po raz pierwszy zdecydowałem się pobiec maraton w innych butach. Dotychczas wybór zawsze padał na Adidas Aadizero Adios 3. Tym razem pobiegłem w Nikach, a dokładnie w modelu Vaporfly 4% Flyknit i był to strzał w dziesiątkę. Nike dokonało prawdziwej rewolucji w obuwiu biegowym i nie jest to żaden marketing, tylko fakt. Dla porównania, startując rok temu w adidasach, moje nogi po biegu były kompletnie zdewastowane (zresztą jak po każdym innym maratonie), czego efektem była kontuzja i miesiąc bez biegania. Zaś po biegu w Nike’ach istna bajka. Nie bolało nic, nie było żadnych obtarć, a po godzinie mógłbym iść już coś truchtać. Zawsze po maratonie miałem duże problemy z mięśniami płaszczkowatymi łydki, a tym razem nie czułem nawet minimalnego napięcia. Coś niesamowitego. Cena tych butów może i jest chora, ale jakoś nie czuję się naciągnięty. Po prostu wiem, że płacę za dodatkowe lata biegania😊 Co dla mnie jest niemal bezcenne.

Relacja z biegu

W końcu jak wyglądał sam bieg… Start, jak już wcześniej wspominałem był bardzo nerwowy. Musiałem się przepychać przez setki biegaczy i dopiero gdzieś na 2 kilometrze sytuacja nieco się ustabilizowała. Z dużym naciskiem na „nieco”.

Frankfurt Marathon - start
Start “Mainova Frankfurt Marathon”

Spodziewałem się  scenariusza podobnego do tego w Amsterdamie. Czyli, że szybko uformują się spore pociągi biegaczy i przez kolejne przynajmniej 20 km będę biegł sobie ze spokojną głową nie patrząc na zegarek. Niestety nic takiego się nie wydarzyło. Grupy rozpadały się momentalnie, a ludzie szarpali tempem jakby to był trening interwałowy. Powodem zapewne był fakt, że GPS’y w tej miejskiej dżungli wariowały jak głupie. Do końca nie było wiadomo jakim tempem się biegnie. Poza tym miałem wrażenie, że nikt ze sobą nie chciał współpracować. Raz byłem nawet świadkiem jak około 10 osób, które biegły blisko siebie nie tworzyły wspólnej grupy. Każdy biegł sobie sam. To było naprawdę cholernie dziwne i niezrozumiałe dla mnie. Maraton samych introwertyków, czy co?😊 Z czego pamiętam to najdłużej w jednej grupie spędziłem może 7-8km. Niestety ten wymarzony pociąg z każdym kilometrem zaczął zwalniać. Zaczynaliśmy od tempa blisko 3:40/km, a jak zdecydowałem się oderwać tempo było już bliżej 3:50/km. A to był dopiero jakiś 15 km.

Frankfurt Marathon
Tutaj była jeszcze nadzieja, że jednak pobiegnę w grupie. Niestety bardzo szybko prysła.
Frankfurt Marathon

Od tego momentu biegłem już w większości sam, albo z góra jedną osobą. Co jakiś czas doganiałem jakieś grupy, ale niestety wszystkie one biegły dla mnie za wolno, więc zostawiałem je za sobą. Do około 32km biegło się bez większych kryzysów. Czułem jedynie, że nieco narasta zmęczenie, ale mięśniowo było jeszcze fantastycznie. Zjadłem ostatniego, piątego żela i wybiegłem na długą prostą, gdzie zaczęło wiać w plecy. Bardzo fajnie się złożyło, że w najbardziej newralgicznym punkcie maratonu wiatr pomagał. Miałem wręcz wrażenie, że zaczynam nieco odpoczywać, a tempo nieco wzrosło. To oczywiście mocno podniosło mnie na duchu i byłem już praktycznie przekonany, że na mecie zjawię się z nową życiówką. Zacząłem nawet poczyniać kalkulacje w głowie, choć na dużym zmęczeniu średnio mi to wychodzi.

Frankfurt Marathon
O której to miałem być na mecie?

Mniej więcej od 35km zmęczenie zaczęło bardzo szybko narastać, a noga przestała już podawać jak należy. Zaczął się prawdziwy maraton, a tym samym negocjacje z własną głową! Gdyby ktoś umiał nagrać myśli to wyszła by z tego niezła komedia. Dialog wygląda mniej więcej tak:

Głowa: natychmiast się zatrzymaj!

– Ja: nie ma takiej opcji!

Głowa: to chociaż zwolnij!

– Ja: zaraz ciebie zwolnię! Przestań męczyć bo przyśpieszę!

Myślę, że od 35 km już do samej mety większość maratończyków przechodzi lekką schizofrenię.  A tak na poważnie, to ja ciągle mam z tyłu głowy myśl, ile czasu i energii włożyłem w przygotowania i po prostu głupio by było teraz odpuścić. Myślę, że naprawdę umiem znieść ogromny dyskomfort. Ulga jaką czuje po dotarciu do mety jest nie do opisania, a duma z dobrze wykonanej pracy bezcenna.

Końcówkę maratonu niestety znowu kręciło się po centrum miasta, gdzie było dużo kostki brukowej. Wcześniej zaczął padać deszcz i bałem się, że będę się ślizgał na tych zakrętach i nawierzchni. Na szczęście nie było aż tak źle. Na 40km, gdzie był dość długi podbieg tempo spadło mi nawet do 4:00/km i był to najwolniejszy kilometr w całym biegu. Jakimś cudem wykrzesałem z siebie jeszcze jakieś rezerwy energii i do mety popędziłem średnim tempem ~3:41/km, a na ostatnich 200m zdecydowałem się nawet na sprint. Po przekroczeniu mety szybka gleba na ziemię i wybuch endorfin. Jest nowa życiówka, 2:37:57!

Frankfurt Marathon - finish
Jakimś cudem wykrzesałem z siebie resztki energii i zacząłem biec sprintem do mety. Było warto, bo inaczej 2:37:XX by nie było 🙂
Frankfurt Marathon
Jeszcze pare metrów
Upragniona meta!

To był naprawdę dobry maraton. Poza lekkimi skurczami w okolicach pachwin nie było żadnych problemów na trasie, a co najważniejsze kolka nie dokuczała! Tego obawiałem się najbardziej. Mięśniowo nie czułem, że przebiegłem 42,195 km. Tak dobrze mięśniowo jeszcze nie byłem przygotowany. Siłka i góry zrobiły robotę!

Przemyślenia

Jakby nie patrzeć poprawiłem się zaledwie o lekko ponad minutę względem ostatniego maratonu, ale…Amsterdam według mnie był pod każdym względem łatwiejszym biegiem. Szybsza trasa, nieco lepsze warunki i przede wszystkim były ogromne grupy, w których biegnie się o niebo łatwiej. Niestety przygotowania do Frankfurtu nie były też idealne. Wziąłem sobie w tym czasie za dużo na głowę (w tym remont mieszkania) i żyłem w ciągłym pędzie i stresie. To była naprawdę ogromna orka dla mojej głowy. Dużo dni wyglądało tak, że wracałem z pracy, szedłem na trening, po treningu od razu remontowanie + oczywiście wszystkie inne obowiązki (pies, zakupy, gotowanie), a przed spaniem jeszcze rolowanie lub rozciąganie. Nie było tak naprawdę mowy o dobrej regeneracji, która przecież jest kluczowa. Choć co prawda po cichu liczyłem na 2:35, to wewnętrznie przeczuwałem, że to jest raczej nierealny wynik i nawet 2:38 brałbym w ciemno. Na szczęście wszystko skończyło się bardzo dobrze, a ja w końcu mogę zrobić sobie wolne i odpocząć jak należy! Cieszy mnie fakt, że każdy mój maraton, do którego przygotowałem się sam kończył się życiówką. Mam nadzieje, że taka tendencja będzie utrzymywała się jak najdłużej.

Podziękowania

Na koniec chciałem podziękować wszystkim tym co mnie wspierają w tym co robię, którzy mi dopingują i trzymają kciuki. Wasze wsparcie jest bezcenne i na pewno bez niego nie było by mi łatwo przetrwać tej maratońskiej orki, a podczas samych startów, pewnie łatwiej byłoby mi odpuścić. Podziękowania należą się również mojemu trenerowi od przygotowania motorycznego, Krzysztofowi Olechowi z blueball.pl, który fantastycznie przygotował mnie mięśniowo do tego startu. Podziękowania dla mojego trening partnera Piotra Brysia, z którym to cały czas nakręcamy się na jeszcze lepsze bieganie, a przy tym oczywiście wspieramy. Taka bardzo zdrowa rywalizacja jest bezcenna! Podziękowania dla masażysty Marcina Sowuli, który jest geniuszem w tym co robi. Bieganie jest bardzo ważną częścią mojego życia i wszystkim tym, którzy mnie w tym wspierają jestem szczerze wdzięczny!

Wykończone smerfy 🙂