Jest 9 lipca, rok 2016. Za parę chwil ma odbyć się lokalny bieg „II Świerczyniecki Bieg Uliczny o Puchar Wójta”. Ja w tym czasie, rozgrzewając się przed startem,  rozmawiam z grupą znajomych. Oczywiście rozmowa toczy się o bieganiu, a dokładnie to o jednym z faworytów tego biegu. Wszyscy się nim zachwycają, uwielbiają, a jedna osoba rzuca z ekscytacją, że ten gość biega nawet dychę poniżej 35 minut! I tak to się zaczęło…

Ja w tym czasie byłem bardzo początkującym biegaczem, biegałem dopiero od roku. Z naciskiem na „biegałem”, a nie „trenowałem”. Nie wiem dlaczego, ale ten wycinek z biegu Świerczynieckiego jakoś mocno utkwił mi w pamięci. Pamiętam dokładnie tą rozmowę, pamiętam o kim rozmawialiśmy, a nawet pamiętam co sobie wtedy pomyślałem i wbiłem do głowy. Żeby biegać 35 minut na dychę to trzeba być już mega PRO i jest to coś wręcz niewyobrażalnego przebiec 10km w tempie 3:30/km. W tamtym czasie umarłbym po 500m. Po prostu nie mogłem wyjść z zachwytu dla tego biegacza. Myślę, że właśnie w tym momencie zaczęła się moja trauma z tym mitycznym wynikiem na dychę. A kto mnie zna lub śledzi mojego bloga, ten wie ile krwi musiałem napsuć (dosłownie i w przenośni), żeby w końcu złamać tą legendarną dla mnie granicę 35 minut. Jeśli dobrze liczę i pamięć mnie nie myli to bezpośrednich ataków (takich, w których liczyłem na ten wynik) było 10! Tak, 9 nieudanych prób i ta jedna zbawienna:

  1. 2018-03-11 – Bieg Wiosenny – 35:30
  2. 2018-07-14 – IV Świerczyniecki Bieg Uliczny o Puchar Wójta Gminy – 35:47
  3. 2018-09-29 – Bieg Uniwersytetu Medycznego – 35:26
  4. 2019-03-10 – Bieg Wiosenny – 35:16
  5. 2019-03-17 – IX Bieg im. Pawła Lorensa – 35:15
  6. 2019-04-28 – 11 Cieszyński FORTUNA Bieg – 35:19
  7. 2019-05-12 – XVII Bieg Skawiński – 35:55
  8. 2019-10-06 – Biegnij Warszawo – 35:12
  9. 2020-09-12 – Ekologiczna Nocna Dycha Kopernika – 35:03
  10. 2020-09-20 – X Bieg Pawła Lorensa – 34:57

Jak widać szukałem swoich upragnionych 35 minut po całym kraju, a znalazłem je na swoim własnym podwórku. W miejscu, gdzie bez wątpienia przebiegłem najwięcej kilometrów w swoim życiu. Tak się składa, że bieg Lorensa przebiega wokół Jeziora Paprocańskiego, a to właśnie tam kręcę najwięcej kilometrów. 

Zabawne w tym wszystkim było to, że najmniej prawdopodobna próba okazała się tą zwycięską! Dlaczego? Już śpieszę z wyjaśnieniem. Na tydzień przed Biegiem Pawła Lorensa wybrałem się do Torunia. Bynajmniej nie po pierniki, czy w odwiedziny do Tadeusza, ale oczywiście na bieg, na dychę. Niestety w czasie „plandemii” nie odbywało się zbyt wiele biegów, więc było trzeba brać co jest. No a, że wiązało się to z wycieczką przez całą Polskę…no cóż. Wszystko za marzenia! Niestety ta wycieczka okazała się niezbyt udana bo brakło mi do złamania 35 minut zaledwie 4 sekund! Po prostu nie mogłem w to uwierzyć. Idealne warunki, w miarę szybka trasa, ja zmotywowany i przygotowany jak nigdy. A jednak znowu się nie udało. Ciężko mi porównać to uczucie do czegokolwiek bo zazwyczaj poświęcając się czemuś tak bardzo, naturalnym jest, że wychodzi. Niestety jak się okazuje, nie w sporcie. To było zażenowanie, połączone ze smutkiem w panierce z ogromnym niedowierzeniem. A widok mnie na mecie…Zresztą sami zobaczcie:

Bieg Toruń
Na mecie tak mocno zalało mnie kwasem, że aż powyginało

Pomimo tej jakże sromotnej porażki postanowiłem się nie poddawać. Na szczęście (albo i nie?) mam zakodowane tak w głowie, że jak z czymś nie daje rady, to tym bardziej mnie to kręci. Nawet wmawiam sobie, że jak jest trudno to bardzo dobrze. Będę wtedy silniejszy psychicznie i kiedyś to mi odda, w sensie przełoży się na lepszą jakość życia. Proste porównanie, im większy ciężar chcemy dźwignąć, tym silniejsi musimy się stać. A, że prawa natury w każdym kontekście są takie same…Niemniej faktem było to, że bieg ten rozbił mnie całkowicie. Organizm był tak mocno wyeksploatowany, że niemal momentalnie złapałem jakąś drobną infekcję (nie, nie chodzi o tą „straszną” chorobę na C), a przez cały kolejny tydzień miałem mroczki przed oczami. Zastanawiałem się nawet czy w ogóle nie odpuścić biegu Pawła Lorensa, albo pobiec go treningowo. Ostatecznie przyjąłem jednak strategię, że wystartuje tempem na czas poniżej 35min, a jeśli już od początku będę się źle czuł to zwolnię i dobiegnę w tempie mojego drugiego zakresu. Było to dość asekuracyjne podejście, które raczej rzadko zwiastuje powodzenie, ale nie miałem wyboru. Najzwyczajniej w świecie bałem się o własne zdrowie.

Sam bieg pamiętam tylko fragmentami. Na starcie czułem się dość wyluzowany (jako że był plan awaryjny odpuszczenia). Pierwsze 5 kilometrów, które biegłem w grupie były rewelacyjne. Lekki oddech, zero walki o utrzymanie tempa, była wręcz ochota wyrwania się do przodu. Zdecydowałem jednak, że będę trzymał grupy tak długo jak to możliwe. Czyli do momentu, w którym biegniemy na czas poniżej 35 minut. Niestety bardzo szybko grupa zaczęła zwalniać, więc zmuszony byłem ją opuścić. Po mniej więcej 4 kilometrze wyrwałem do przodu i postawiłem wszystko na jedną kartę. Teraz albo nigdy. Nie oglądałem się już za siebie do samej mety, nie patrzyłem nawet na zegarek. Strategia była prosta jak budowa cepa, cisnę do przodu tyle ile fabryka dała, a co wyjdzie to wyjdzie. Na jakieś 300-400 metrów do mety wyłoniła się moja obecna trenerka (wtedy jeszcze nie), krzycząc żebym gonił rower jadący kilkadziesiąt metrów przede mną. Miało to zmotywować mnie do wydobycia z siebie resztek silnej woli i przyśpieszenia. Inni znajomi krzyknęli, że do 35 minuty biegu została jeszcze minuta i że jest szansa. Zerwałem się naprawdę mocno i już na totalnym odcięciu, z zamkniętymi oczami, przechodząc niemal do sprintu pognałem do mety. Zatrzymałem zegarek i ujrzałem na nim 34:57! Początkowo nie chciałem w to uwierzyć. W szał radości wpadłem dopiero, gdy zobaczyłem oficjalne wyniki.

Ostatnie metry do mety
Bieg Pawła Lorensa
Bieg Pawła Lorensa - finish

Spełniłem swoje biegowe marzenie bo byłem uparty. Co chwile upadałem i się podnosiłem, aż w końcu się udało. Coś takiego smakuje o wiele bardziej, od czegoś co dostajemy niemal za darmo! Oczywiście to nie koniec mojej biegowej przygody. Najważniejszy cel, czyli złamanie bariery 2:30 w maratonie jeszcze przede mną. A droga do jego realizacji zapowiada się naprawdę ciekawie!