O tym biegu mógłbym pisać naprawdę długo. To ile było z nim związanych emocji, cierpienia i w końcu euforii to nie mieści mi się w głowie. Muszę przyznać, że ostatnie dni przed startem wszystkie moje myśli skupiały się tylko na jednym. Co najmniej jakby od tego biegu miała zależeć reszta mojego życia.

Przed biegiem z jednej strony czułem duży spokój. Wiedziałem, że jestem doskonale przygotowany, prognozy zapowiadały się bajecznie, a psychicznie byłem nastawiony na „walkę na śmierć i życie”. Co miałoby się w takim razie nie udać? No właśnie, nie wiadomo. Biegnąc przez prawie trzy godziny na granicy swoich możliwości stąpa się naprawdę po cienkim lodzie. Tak naprawdę wystarczy jakiś minimalny błąd, zbieg okoliczności, skurcz, kolka, kontuzja i cała nasza praca idzie do piachu. Bite trzy miesiące ostrego treningu, wyrzeczeń i poświęcenia tak po prostu przepadają. To co wtedy się przeżywa idealnie oddaje fragment z książki Billa Rodgersa i Maththew Shepatin’a „Maratończyk”:

„A nadzieja jest dla maratończyka bardzo niebezpieczna, bo wystarczy jeden rywal, jeden błąd, jeden kilometr, żeby cię skreślić. Zniszczyć twoją psychikę, unicestwić ducha walki, stłamsić wolę zwycięstwa. Ale nie to jest najgorsze. Nie zapominaj, że nadal jesteś na trasie i masz przed sobą przytłaczające zadanie dotarcia do mety, do której może cię dzielić wiele kilometrów. To nie boks, że jeden dobry sierpowy wybawi cię z opresji. W maratonie masz wyjątkową okazję patrzeć jak twoje marzenia umiera stopniowo. Metr po morderczym metrze, z absolutną świadomością tego, że nie możesz zrobić nic, aby temu zapobiec. Już dajesz z siebie wszystko….Reszta drogi to ból i złamane serce. Aż do końca….Co zrobiłem nie tak?”

A presja jest jeszcze większa, gdy nasz ostatni maraton nam nie poszedł. Tak jak to było w moim przypadku. Dlatego też obok spokoju, siłą rzeczy pojawiały się wątpliwości. A co jak się znowu nie uda? Czy te moje bieganie będzie miało jeszcze jakiś sens? Może po prostu dotarłem już do swojej granicy fizjologicznej i dalsza ciężka praca nie ma już sensu. Takie myśli, które same napływały mi do głowy trochę niszczyły mój światopogląd, że granice nie istnieją. Na szczęście głos rozsądku szybko tłumił te herezje i w miarę sprawnie radziłem sobie z tymi wątpliwościami. Olga również bardzo przy tym mi pomagała bo chyba nikt tak bardzo nie wierzy w moje bieganie i nie dodaje mi otuchy jak ona.

W Amsterdamie pojawiłem się już w czwartek. Nie będę rozpisywał się o samym pobycie w mieście zbyt długo ponieważ wyszedł by z tego zapewne przewodnik turystyczny. Jeśli ktoś miał to szczęście i był już w Amsterdamie to wie jakie to wspaniałe miasto. Jeśli nie to zapewniam, że tak jest. Amsterdam jest niezwykle klimatycznym miastem, które raczej nie przypomina typowej stolicy bogatego państwa. Ja Amsterdam nazywam „dużym – małym miastem” ponieważ architekturą przypomina małą klimatyczną miejscowość, z tym że na dużą skalę. Obecnie samolotem do Amsterdamu można dostać się za naprawdę małe pieniądze. Przykładowo ja zapłaciłem tylko 250 zł za lot w dwie strony, tak więc jeśli ktoś jeszcze tam nie był to naprawdę zachęcam!

 

Dni przed startem raczej spędzałem spokojnie. Razem z Olgą i Dzikami przemierzaliśmy uliczki Amsterdamu zaliczając knajpę za knajpą w celu ładowania węglowodanów. Było dużo makaronu, pizzy i wszystkiego innego co zawierało duże ilości węgli. W czwartek pozwoliłem sobie nawet na małe piwo. Gdzieś tam kiedyś czytałem, że małe ilości alkoholu rozrzedzą trochę krew co może się nawet przełożyć na lepszy wynik. Czy to prawda? Nie wiem, ale chcę w to wierzyć 🙂

Ostatni trening przed startem wykonałem w piątek, który bardzo pozytywnie mnie nastroił. Nogi były naładowane jak armaty, a ja w zasadzie nie umiałem biec wolniej niż tempem 4:00 – 4:10 /km. Tak to już u mnie bywa, że jak porządnie odpocznę to okazuje się, że jestem w zupełnie innym miejscu z formą niż mi się wcześniej wydaje. Poza tym treningiem wykonałem jeszcze kilka lekkich ćwiczeń rozciągających. W sobotę odebrałem bilet w jedną stronę, czyli pakiet startowy  i mentalnie zacząłem się szykować na wojnę!

Start zaplanowany był na godzinę 9:30, tak więc na nogach byłem już o godzinie 6:00. Toaleta, lekkie śniadanie – czyli moje ulubione przedstartowe płatki ryżowe z miodem i bananem, słuchawki na uszy z muzyką motywacyjną i pognałem na metro. Na stadionie olimpijskim, z którego mieliśmy startować byłem około godziny 8:45. Wykonałem lekką rozgrzewkę i ustawiłem się obok mojego drużynowego kompana Brysia na linii startu. Startowaliśmy z jednej strefy razem z takimi gwiazdami jak Kenenisa Bekelele, czy Lawrence Cherono. W świecie biegowym to są gwiazdy pokroju Christiano Ronaldo czy Lionel Messi w piłce nożnej. To jest piękne w bieganiu, że amatorzy mogą razem z profesjonalistami stanąć na linii startu i „rywalizować” jak równy z równym. A jeszcze piękniejsze dla mnie jest to, że udało mi się wdrapać już tak wysoko w bieganiu, że startuje ze strefy razem ze światową elitą! Oczywiście w pojedynku z nimi wyglądam tak blado jak Maluch przy Lamborghini, no ale mimo wszystko to fajne uczucie. W końcu jeszcze 4 lata temu ledwo potrafiłem przebiec 10 km. A teraz? Dołuję się jak przebiegnę te 10 km lekko powyżej 35 minut. Jak to się mówi, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Warto dlatego czasami się zatrzymać i uświadomić sobie jak dużo już się zrobiło i nie zamartwiać się, że jakiś tam start nam nie wyjdzie. Ja ewidentnie miałem taką tendencję. Wracając do biegu. Chwila koncentracji i ostatnie odliczanie – trzy, dwa, jeden i start!