W części poprzedniej tego wpisu opisałem emocje jakie mi towarzyszyły na kilka dni i chwil przed startem oraz wszystko to co się w tych dniach działo. Jeśli cię to interesuje to zapraszam do przeczytania części pierwszej, a jeśli wolisz typowo startowe mięcho to na pewno znajdziesz je tutaj.

Razem z Brysiem, od samego początku biegu, tak jak na wielu naszych wspólnych treningach trzymaliśmy się razem. Nasze wspólne wybiegania zazwyczaj biegaliśmy w I zakresie w pełnej strefie komfortu. Tym razem nie było inaczej, z tym że średnio każdy kilometr pokonywaliśmy w tempie 3:45/km zamiast 4:30/km. A odczucia, które nam towarzyszyły w pierwszym etapie biegu były niemal identyczne. Pełen luz, lekki oddech, czasami nawet wymieniliśmy jakieś zdanie „nie wierzę jak się lekko biegnie”, „jest zajebiście!”, „-chyba robimy za zająców, -no trzeba to szybko zmienić”, „za szybko”.

       Razem z Brysiem przez chwile robimy za zająców 🙂

I w tak błogim stanie, w bardzo dużej grupie biegliśmy przez pierwsze ~ 20 km razem. W tym 14 km trasy prowadziło przez miasto, a kolejne 6 km w okolicznościach pięknej natury przy rzece Amstel. Szkoda tylko, że nie mogłem za bardzo podziwiać tych widoków. Podczas swoich ważnych startów jestem tak mocno skoncentrowany, że nic do mnie nie dociera. Nie widzę co jest wokół mnie, nie obserwuje krajobrazów, kibiców, liczy się tylko to co dzieje się na trasie i trzymanie tempa. Jest tylko asfalt i zegarek, tu i teraz, nic więcej. A jedyne w co się wsłuchuje to w swoje własne ciało, sprawdzając czy żadna z kontrolek nie pali się na czerwono. Dlatego fakt, że wymieniliśmy kilka zdań z Brysiem świadczył, że jestem naprawdę wyluzowany i pewny swego. Noga kręciła się jak nigdy, a mi wydawało się, że frunę. Co prawda miałem świadomość, że biegnę cały czas na granicy możliwości, ale tego nie odczuwałem w żaden sposób. Czułem, że w tym dniu nic nie może mnie powstrzymać i sięgnę dzisiaj po naprawdę fajną życiówkę na królewskim dystansie. Przepełniała mnie euforia. Już nie pamiętam kiedy czułem się tak mocny!

Cały czas biegłem w bardzo dużej grupie, liczącej nie wiem, może z 40 osób. Na początku zamykałem tyły tej grupy, ale wraz z upływem kolejnych kilometrów przesuwałem się sukcesywnie do przodu, aż w końcu wylądowałem na samym czubie. Zaraz po połowie dystansu, który minąłem z czasem 1:19:07 postanowiłem opuścić grupę i nieco przyśpieszyć. To samo chwilkę wcześniej postanowiło zrobić dwóch innych zawodników, więc stwierdziłem, że to idealny czas żeby zaatakować, a przy okazji nie zostać sam na trasie. Tempo wzrosło do 3:38 – 3:41/km, a ja sobie biegłem dalej w pełnym komforcie. Nie wierzyłem co się dzieje! W tym momencie biegłem już na wynik 2:37, a w planach było jeszcze większe przyśpieszenie. Przed startem zdecydowałem się na strategię negative split, która polega na podkręcaniu tempa wraz z upływem kilometrów. Jak na razie planu trzymałem się podręcznikowo i coraz bardziej się nakręcałem. Niestety moja euforia szybko została przytłumiona…

Na około 32 kilometrze wziąłem mojego trzeciego, przedostatniego już żela i przyszło najgorsze. Moja zmora z Wiednia, którą jest kolka. Po jakimś kilometrze poczułem mocne ukucie w prawym boku i już wiedziałem, że reszta tego biegu będzie okupiona okrutnym cierpieniem. Czułem jakby ktoś wbił mi ostry szpikulec pod żebra. Zacząłem naprawdę panikować, a to że nie złamię 2:40, ba że nawet nie zrobię dzisiaj życiówki, a może w ogóle nie dobiegnę. Kolka w Wiedniu była tak mocna, że nie byłem wstanie kontynuować wysiłku, bałem się, że tutaj będzie to samo. W momencie drastycznie spadło mi tempo, a ja zostałem sam na placu boju. Po paru chwilach zaczęli doganiać mnie zawodnicy z mojej ex grupy, a ja darłem się z bólu jakby ktoś odzierał mnie ze skóry. Tak bardzo mi zależało na wyniku, że postanowiłem nie odpuszczać. Za dużo poświęciłem dla tego startu żebym teraz miał tak po prostu się poddać. Obrałem sobie za cel jednego gościa z napisem „Focus” na tyle koszulki i zacząłem się go trzymać. Wpatrywałem się w ten napis i powtarzałem sobie w myślach „skup się na technice, ignoruj ból, nie możesz się teraz poddać, do mety już niedaleko, walcz, focus, focus!”.

To dość absurdalne, ale koszulka gościa biegnącego obok pomogła mi zachować skupienie i się odrodzić 🙂

To co wtedy przeżywałem było naprawdę nie do opisania. Myślę, że wszedłem na jakiś wyższy poziom metafizycznych doznań, które ciężko jest wytłumaczyć słowami. Jedno jest pewne, jeszcze nigdy nie doznałem tak dużego bólu fizycznego i psychicznego podczas biegu. Czułem jakby ktoś się nade mną znęcał, a ja na to dawałem przyzwolenie, a wręcz tego chciałem. Bo przecież decydując się na maraton w tempie dla mnie granicznym było można się tego spodziewać. W końcu mogłem się zatrzymać, zwolnić, ulżyć sobie w cierpieniu. Nie biegłem przecież po tytuł olimpijski, nic od tego biegu tak naprawdę nie zależało. Jutro wstał by kolejny dzień i nic wielkiego by się nie stało. A jednak jakaś magiczna moc nie pozwalała mi na to, ba nawet popchała mnie do tego żeby znowu trochę przyśpieszyć. Tym samym po jakichś 3 kilometrach udało mi się nieco odzyskać tempo.

              Wyraz twarzy mówi wszystko 🙂

Na 40 kilometrze zobaczyłem na zegarze 2:30 co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Byłem pewien już w tym momencie, że złamię 2:40 i będę mógł się cieszyć na mecie nową życiówką. Co prawda byłem już na tym etapie biegu kompletnym warzywem, ale miałem tak duży zapas, że chyba już nic złego nie mogło się mi przytrafić. Cierpienie się opłaciło. Po 2 kilometrach na horyzoncie ukazał mi się stadion olimpijski, gdzie zmusiłem się jeszcze do rozpaczliwego sprintu i na metę wpadłem z czasem 2:39:02 netto i z nową życiówką (poprawioną o prawie 3 minuty) w moim biegowym CV. Po przekroczeniu linii mety padłem na ziemię jak kawka.

                                           Mięśnie nóg i psychika wyeksploatowane do granic moich możliwości

Próbując wstać poskładało mnie z powrotem szybko na ziemie, więc poleżałem sobie jeszcze parę minut delektując się nową życiówką. Na trybunach stadionu olimpijskiego dopingowała mnie moja dziewczyna Olga oraz drużynowi kompani. To naprawdę miłe gdy wpada się na metę a ktoś cię dopinguje i szaleje z radości. Za co im oczywiście bardzo dziękuję. Kilka minut później z czasem 2:44:46 i również nową życiówką na mecie pojawił się Brysiu. Może to nie był Jego wymarzony rezultat bo na pewno stać go jeszcze na wiele więcej, ale również odwalił w tym dniu kawał dobrej roboty. W końcu jak można inaczej nazwać życiówkę na królewskim dystansie? Wspólna fota, pierwsze wrażenia z biegu i pognaliśmy na trybuny do naszych.

                                           W końcu pojawił się uśmiech na twarzy 🙂

Koniecznie chciałem jeszcze zobaczyć się z Olgą przed jej startem, który miał się odbyć za kilkadziesiąt minut na dystansie półmaratonu. Na trasie maratonu był jeszcze jeden z dzików, Uber Dzik Prezio, który dotarł na metę z czasem 03:58:02, co było niestety spowodowane odnowieniem kontuzji pleców. Szacun za walkę do samego końca. Co do naszych dzikich półmaratończyków to ukończyli swoje starty odpowiednio:

  •  Wujek – 1:30:53. Dodam tylko tyle, że Damian biegł na czas 1:33, a złamał prawie 1:30, czego mu serdecznie gratuluje i trzymam kciuki za dalsze sukcesy. Na wiosnę 1:30 jest formalnością.
  • Olga – 1:45:27. Zważywszy na to, że Olga trenowała bardzo, bardzo mało (1-2 razy w tygodniu) to ten wynik to jest kosmos. Nie ma to jak zrobić życiówkę nie trenując 🙂 Olga ma zapewne ogromny talent do biegania, ale niestety nie chce go wykorzystać 🙂 Oczywiście również wielkie gratulacje dla Olgi. Muszę ją jakoś nakręcić do trenowania, ciekawe jakie wyniki by robiła.
  •  Marzena, żona Prezesa – 01:49:33. Marzena podobnie jak Olga nie trenowała do tego startu też praktycznie w ogóle i czas zrobiła również niesamowity jak na ten stan rzeczy.
  •  Dejwu – 1:53:03. Niestety Dejw nabawił się kontuzji przed startem i nie mógł powalczyć o dobry wynik, więc start raczej sprowadził się do zwiedzania.

                                           Fajnie jak ktoś czeka na Ciebie na mecie 🙂

To tyle jeśli chodzi o moją maratońską przygodę w Amsterdamie. Mógłbym pisać o tym biegu w nieskończoność, tyle wrażeń mi on dostarczył. To był bieg wzlotów i upadków, który zdecydowanie utkwi mi w pamięci do końca życia, a już na pewno uczucie szczęścia i spełnienia, jakie towarzyszyło mi na mecie!